Latający Dom Thumbnail.jpg

Był to jeden z takich dni, które nie niosą ze sobą nic dobrego. Tak się przynajmniej wydawało. Przy obiedzie tata narzekał, że tonie w papierach, ale wcale nie chciał, żeby go ratować. Za to zamknął się w swoim gabinecie, dokładnie tam, gdzie papierów było najwięcej. Dziwne...

Krzyś pokłócił się z Kubą, swoim najlepszym przyjacielem. Niby najlepszy, a czasem niczego nie rozumiał, nie chciał się bawić w to, co Krzyś, mówił głupie rzeczy i szedł sobie do domu trzaskając drzwiami.

 
messy bedroom_edited.jpg

No i teraz Krzyś siedział sam w swoim pokoju i nudził się tak bardzo, że aż znudów ziewał. Poszedłby na rower, ale padało. Wyjął więc klocki i zbudował wieżę. Na cały zamek nie starczyło mu zapału, dlatego żaden plastikowy król nie chciał tam zamieszkać. Przyszedł więc gumowy słoń i przewrócił wieżę. Niedobre zwierzę – pomyślał Krzyś i ziewnął. Wyciągnął wyścigówkę. Nie chciała przejechać słonia, bo miała urwane kółko. Krzyś urwał jej drugie i przejechał za karę lokomotywą. Na przewróconą wieżę, króla, słonia, wyścigówkę i lokomotywę spadł statek kosmiczny. Potem nastąpiło trzęsienie ziemi, lego lawina i papierowe bombardowanie, a Krzyś i tak nie mógł przestać ziewać z nudów i w końcu rozciągnął się na dywanie pokonany. Ależ mu burczało w brzuchu. Nic dziwnego, zupy nawet tknął, a drugie danie mu nie smakowało, więc tylko poprzesuwał po talerzu.

 

Do pokoju weszła mama i od razu złapała się za głowę.
- Kto to wszystko posprząta? - zapytała, ale nikt jej nie odpowiedział poza groźnym mruknięciem za oknem. Mamy to nie zniechęciło.
- Może spakujemy to co ci już niepotrzebne dla Adasia? - zaproponowała.
Co to , to nie! - pomyślał Krzyś. Lubił swojego młodszego kuzyna, ale żeby mu zaraz oddawać zabawki!
- Wszystko mi jest potrzebne! - krzyknął i tupnął nogą.
Mama posmutniała, a za oknem rozległ się drugi pomruk, trochę głośniejszy. Na parapecie zagrała ulewa i BŁYSK.
- Oho, burza - mama podeszła do okna, żeby upewnić się, czy jest szczelnie zamknięte po czym wyszła z pokoju narzekając, że ma jeszcze tyle to zrobienia.

rain.jpg
 
skyskape_edited_edited.jpg

Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi, okno przekornie otworzyło się na oścież.

Wiatr, który wpadł do pokoju zaczął obijać się o wszystkie ściany, poderwał do góry cały podłogowy bałagan, po czym wyfrunął spowrotem przez otwarte okno zabierając ze sobą to wszystko, razem ze statkiem kosmicznym, słoniem i królem. Krzyś zerwał się na równe nogi, żeby zobaczyć dokąd poleciały jego zabawki. Jednak okno zatrzasnęło mu się przed samym nosem, a on zachwiał się i zatoczył. Podłoga się zatrzęsła, a pokój zakołysał, jak ogrodowa huśtawka. W prawo, w lewo, w prawo, w lewo, w prawo...,


- Czy ja śnię? - zapytał sam siebie i uszczypnął w ramię. Za oknem nie było widać ani karmnika, który zrobił z tatą, ani słonecznika posadzonego z mamą, ani reszty podwórka, tylko chmury. Pierzaste i strzępiaste na tle błękitnego nieba. No i ta jedna ciemna, nad jego głową. Na szczęście po burzy ani śladu. A w dole...


... znikające domy

oraz samochody,

kwadraty trawników

i miejskie ogrody.


Zmniejszają się sklepy,

znika dom handlowy,

z nim drogi do pracy

i ścieżki do szkoły.

 
blue door_edited.jpg

Krzyś oparł się łokciami na parapecie i przykleił nos do szyby, a dom sunął sobie powietrznym traktem. Aż wreszcie znalazł się wśród gęstych drzew. W oddali między zielonymi liśćmi mignęło coś niebieskiego. Krzyś wytężył wzrok.
- Drzwi na drzewie!? - zdziwił się.
Nie było się jednak czemu dziwić, bo drzwi nie tkwiły tam bez powodu tylko prowadziły do domu. Solidnego, murowanego, z gankiem, balkonem i kominem. Dom przywiązany był do drzewa grubą marynarską liną, żeby nie uciekł.
W odrapanych mocno drzwiach tkwiły dziury po kołatce, a dzwonek nie działał.
Puk, puk… Puk, puk… Nic.
Pewnie już opuszczony - pomyślał Krzyś i nacisnął klamkę.

 
hat.jpg

Drzwi zaskrzeczały jak stara wrona. Chłopiec wślizgnął się do niedużego ganku, a tam na wieszaku staroświecki kapelusz i marynarka z łatą, a pod nimi para kaloszy i dwa kamyki. A to ciekawe.

Z ganku cichutko, na palcach Krzyś przemknął korytarzem do pokoju gościnnego. Pusto. Z kominka zawiało chłodem, a przy balkonowym oknie stał mały okrągły stolik z jednym tylko krzesłem. Na wyblakłym od słońca obrusie sterczał samotny kubek z herbatą.

- Zimna jak lód – ocenił Krzyś.

Nagle gdzieś w korytarzu trzasnęły drzwi, a na podłodze zatańczył cień chudego dryblasa z wielkimi szponami! Krzyś jedną ręką chwycił za krzesło, żeby się nie przewrócić, a drugą za buzię, żeby nie krzyknąć.


- A to niespodzianka – odezwał się miły, ciepły głos. Zarówno cień na podłodze jak i ciepły głos należały do niskiego, krępego staruszka.

- Nie spodziewałem się dzisiaj żadnych gości - oświadczył starszy pan i z zakłopotaniem podrapał się po siwej brodzie rozglądając za dodatkowym krzesłem.

- Kiedyś miałem całe mnóstwo krzeseł...

- I co się z nimi stało?- chciał wiedzieć Krzyś.

- Ano pozbyłem się - odpowiedział Dziadek - z całą resztą zbędnego balastu. Na co komu puste krzesła... Od dawna mnie tu nikt nie odwiedził. Dlatego tak mnie zaskoczyła twoja wizyta. Jak ci na imię?

- Krzyś.

- Krzysiu, trzeba ci wiedzieć, że nie każdy lubi wspinać się po drzewach. Słyszałem też, że domy bywają teraz bardzo ciężkie, a u mnie drzwi tak wysoko... Ludzie mają olbrzymi kłopot tu trafić.

Ale gdzie moje maniery! – przypomniał sobie nagle. Klasnął w dłonie i w jednej chwili w pokoju zrobił się ruch.

Niewidzialna miotełka zaczęła omiatać kurz ze wszystkich kątów, a w kominku strzelił ogień. Niewiadomo skąd i jak na stoliku pojawił się dzbanek pełen soku malinowego i talerz z herbatnikami. W okrągłych okularach Dziadka zatańczyły iskry.

- Dobre duszki – szepnął Krzysiowi do ucha – bardzo potrzebne, a praktycznie nic nie ważą.

Herbatniki były tak dobre, że Krzyś nie mógł przestać jeść. A im więcej jadł, tym lżej się czuł, wcale nie odwrotnie. Jeszcze trochę i zacznę się unosić w powietrzu - pomyślał.

Jak pomyślał, tak się stało i wyfrunął przez uchylone okno, a Dziadek za nim. Fruwali tak sobie po ogrodzie rozmawiając o tym i o owym, na przykład o strasznej nudzie i kłótni z kolegą. O tym, że tata był ciągle zajęty i że się sprawiło przykrość mamie. Dziadek słuchał bardzo uważnie i tylko od czasu do czasu wtrącił jakieś słowo, ale tak umiejętnie, że się Krzysiowi wszystko rozjaśniało. Nawet ciemna chmura znad jego głowy gdzieś się podziała. Nie zamierzał jej szukać.

Tymczasem jego dom zaparkowany między drzewami, znów drgnął i się zakołysał. Krzyś przestraszył się, że bez solidnej okrętowej liny może sobie po prostu odlecieć, bez niego.

 
gra planszowa_edited.jpg

Krzyś nie zdążył tego wszystkiego zobaczyć, bo już sunął swoim domem po puszystych chmurach.

Teraz w dole...


wszystko jak na dłoni,

nic się już nie schowa.

Miasto stąd wygląda

tak jak gra planszowa


i już tylko widać,

z okna, zza firanki,

kropki zamiast ludzi,

zamiast domów, plamki.



Uliczne latarnie

błysnęły w dziedzińce

jak długi sznureczek

lampek na choince.

 
campfire3_edited.jpg

Zatrzymali się na szczycie góry. Wtedy okno z gabinetu taty otworzyło się na oścież i wyfrunęła przez nie biała kartka papieru. Za nią druga, trzecia, dziesiąta i setna aż wreszcie wysypała się cała lawina papierów. Papiery ułożyły się w stosik, a na nim zaraz spiętrzyły się suche gałęzie. Zapałki zatańczyły i sypnęły iskrami. Dobre duszki – pomyślał Krzyś.

Tata wybiegł z domu trzymając się za głowę, jakby i obawiał się ją stracić. Chwycił za pogrzebacz i rzucił się na ratunek płonącym kartkom. Tylko, że za chwilę już nie było wiadomo co ratować, bo z pozostałych okien i przez uchylone drzwi zaczęły wyfruwać kolejne przedmioty, te które dotąd leżakowały na stryszku, spały w piwnicy, albo tłoczyły się w dusznych, zakurzonych szafach. Widocznie się im znudziło. Tata porzucił pogrzebacz i puścił się w pościg za odlatującym dobytkiem. Wrócił za chwilę ze złamaną wędką i starą gitarą.

- Naprawi się - powiedział do mamy, która właśnie stanęła w drzwiach z szeroko otwartymi ustami. Krzyś pomyślał, że to dobry moment, żeby poczęstować ich herbatnikami od Dziadka.

Najpierw jednak szepnął mamie coś na ucho, a ona od razu się uśmiechnęła.

- Nie szkodzi- powiedziała i zmierzwiła mu czuprynę.

- Ktoś w końcu musiał zrobić porządek w tych papierach - zażartował tata zagryzając herbatnikiem i wyciągnął się jak długi na trawie. Mama nastroiła gitarę i zaczęła śpiewać, a Krzyś wrzucał do ognia suche liście i przyglądał się jak płoną. Ładnie się paliło, a iskry strzelały pod same gwiazdy. Szkoda byłoby takie fajne ognisko zmarnować, więc tata zaostrzył patyki na kiełbaski. Pieczone na ogniu pachniały i skwierczały.

- Ale chrupiąca skórka. Pycha - Krzyś oblizał się. No, wreszcie przestało mu burczeć w brzuchu.


Czas przeciągał się leniwie jak kot, a Księżyc wędrował sobie powoli po nocnym niebie i przyglądał temu biwakowi. Tak się zagapił, że zahaczył rożkiem o Krzysiowy dom, a ten drgnął i zakołysał się.

- Wszyscy na pokład! - zawołał przytomnie tata i dzięki temu zdążyli, w ostatniej chwili. Tym razem polecieli jeszcze dalej i jeszcze wyżej niż przedtem.

 
Okładka na baśnie 3.jpg

Mama na balkonie,

na balkonie tata

w latającym domu

jak na szczycie świata.


Wkoło cicho, ciemno,

miejskich lamp tam nie ma.

Tylko gwiazdy kreślą

nocną mapę nieba.


Wielka Niedźwiedzica,

Niedźwiedzica Mała,

Orzeł mknie z Pegazem,

a przed Strzelcem, Strzała.


Podążając tropem

Smoka i Wodnika

mamie razem z tatą

nie brak przewodnika.

Księżyc zaczął stroić do Krzysia miny i zapraszać do siebie, a był tak blisko, że nie trzeba go było łapać na lasso, wystarczyło wyciągnąć rękę i już. Krzyś wgramolił się na księżycowy rożek i rozsiadł wygodnie machając nogami.

Widać stąd było całe miasta, w miastach domy, a domach okna, przez które Księżyc bardzo lubił zaglądać do środka. Teraz Krzyś zaglądał razem z nim. Zaglądał i zaglądał, aż wreszcie wypatrzył jedno specjalne okno. Do pokoju Kuby, swojego najlepszego przyjaciela. Ciekawe co on teraz robi? A Kuba był smutny i bardzo się nudził, bo ziewał. A wokół niego na podłodze porozrzucane zabawki. Chyba było trzęsienie ziemi i lawina – pomyślał Krzyś, a on się dobrze na tym znał.

- Księżycu, mógłbyś zaświecić trochę mocniej w tamto okno? – poprosił Krzyś i wskazał palcem na dom Kuby - może mu się poprawi humor.

- Z przyjemnością – odparł Księżyc i się natężył. Natężył się i naprężył i zaświecił tak mocno, że aż Krzyś musiał zmrużyć oczy. Ale to nie pomogło, Kuba nadal był smutny.

- Mam lepszy pomysł – powiedział Księżyc i sięgnął po kawałek swojej poświaty. Ulepił z niej kulkę jak ze śniegu i podał Krzysiowi – Zanieś to przyjacielowi. Jestem pewien, że z bliska lepiej zadziała.

- To bardzo dobry pomysł! - powiedział chłopiec i nagle strasznie śpieszno mu się zrobiło spowrotem na dół.

 
fairy house_edited.jpg

Dom zatacza koło.

Wkrótce znowu minie

ognisko na wzgórzu

i domek na linie.


Dzień się splata z nocą.

noc blednie od słońca.

Podróż, jedna z wielu,

już dobiega końca.


Podróżni lądują

spowrotem na ziemi

z gwiazdami we włosach,

księżycem w kieszeni.



Nazajutrz było słonecznie i nawet nie zanosiło się na burzę. Krzyś razem z Kubą wyjęli klocki i zbudowali wieżę, a potem cały zamek i długą drogę dookoła świata. Dom zakołysał się lekko, razem z nim balkon, a na nim mama z konewką.

Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Tata poszedł otworzyć, ale za drzwiami nie było nikogo, ani żywej duszy. Za to na schodach i między klombami piętrzyły się stosy najrozmaitrzych przedmiotów. Tata, jak to zobaczył, z przyzwyczajenia chwycił się za głowę, a wtedy nadbiegł Krzyś ciekawy kto dzwonił.

- O moje zabawki - orzekł i zniknął w korytarzu, żeby wrócić za chwilę taszcząc wielkie kartonowe pudło. Spakował do niego rzeczy, zakleił taśmą i podpisał grubym flamastem. To się Adaś ucieszy! Po czym pobiegł spowrotem do kolegi. Trzeba było jeszcze zbudować obserwatorium astronomiczne.


Tata znów został sam z tym bałaganem. Porozrzucane przed nim rzeczy, wypoczęte i ładnie przewietrzone, gotowe były zająć swoje dawne miejsca w szafach, piwnicy i na stryszku. Co tu robić? - zastanawiał się tata. Myślał, kiwał głową, drapał za uchem i znowu myślał. Wreszcie się namyślił. Wkrótce, zamiast na schodach i między klombami, rzeczy piętrzyły się w samochodzie, pod sam sufit. Gotowe do wywiezienia gdzieś, gdzie nie będą bezczynnie zbierać kurzu.


Tata mocował się jeszcze z klapą bagażnika, która nie bardzo chciała się domknąć, kiedy nadeszła mama żeby podlać słonecznik.

- Kto to był? - chciała wiedzieć.

- Nikt - odpowiedział tata zgodnie z prawdą i strzepnął kurz z ubrania.

- No, do dokąd dzisiaj lecimy? - zapytał.